Marrakesz, tadżin i harira

W Maroku byliśmy na przełomie listopada i grudnia 2012 r. Z Modlina lecieliśmy do Brukseli (i to był nasz najtańszy lot – za 1 zł od osoby… naprawdę!), gdzie mieliśmy kilka godzin na zwiedzanie, po czym do afrykańskiego Tangeru. Tanger okazał się z wyglądu bardzo europejskim miastem. Jedynie ruch drogowy zdradzał, że znajdujemy się w Afryce. Istny chaos. Pełno było też nieukończonych budynków – przywodziły na myśl miasto-widmo.

Z Tangeru wyruszyliśmy nocnym pociągiem do Marrakeszu. Nocne pociągi to świetny sposób, by zaoszczędzić czas i pieniądze na noclegu. Tym razem jednak nie było zbyt wygodnie –  bardzo zimno i nie za czysto (zupełnie jak w niektórych polskich pociągach).

Okolice Marrakeszu to już prawdziwa Afryka – czerwonawe gleby, uboga roślinność, chaty z gliny… i wielbłąd na pace;-)

Z przewodników wiedzieliśmy, że w Afryce będzie się trzeba mocno targować i zaczęło się już na dworcu (skądinąd, bardzo pięknym z zewnątrz). Więcej o targowaniu w Afryce przeczytacie http://wtrampkachpomapie.pl/maroko/afrykanskie-targowanie-level-hard/.

dworzec w Marrakeszu

Wytargowaliśmy taksówkę za niecałe 10 zł (z 50 na 25 dirhamów) na osławiony plac Jamaâ El Fna.

To podobno jeden z największych i najbardziej ruchliwych placów na świecie. Rano zupełnie nie zrobił na nas wrażenia, ale gdy wróciliśmy po zmierzchu, faktycznie okazał się bardzo gwarny – pełno było kolorowych straganów, sprzedawców wołających „best price” i przechodniów. Sprzedawcy byli niesamowici, podsłuchiwali, jak ze sobą rozmawialiśmy i bezbłędnie zgadywali, skąd pochodzimy, zaskakując nas tekstami w rodzaju: „Doda elektroda”, „zapraszam, jestem Robert Makłowicz”. Plac wypełniały zapachy jedzenia. Wypiliśmy przepyszny świeżo wyciskany sok z pomarańczy  (4 dirhamy, czyli ok. 1,5 zł za szklankę). Spróbowaliśmy też ślimaków, ale jakoś bez zachwytu.

sok pomarańczowy

W pejzażu Marrakeszu dominuje Meczet Koutoubia, który jest bardzo chętnie fotografowanym symbolem miasta. Pochodzi z XII wieku, a jego ponad 70-metrowy minaret można zobaczyć niemal z każdego miejsca w mieście, stąd też stanowi świetny punkt orientacyjny.

Meczet Koutoubia

Meczet Koutoubia

 

W Marrakeszu zwiedziliśmy też grobowce Saadytów. Nie zrobiły jednak na nas szczególnego wrażenia. Pewnie dlatego, że widzieliśmy już kilka podobnych miejsc, np. w Turcji czy Hiszpanii.

Będąc w Maroku, koniecznie trzeba spróbować tamtejszej kuchni. Absolutnym numerem jeden jest tadżin (tajine). Nazwa dania pochodzi od nazwy glinianego naczynia z charakterystyczną pokrywką w kształcie stożka, w którym się je przygotowuje. Służy do duszenia mięsa z warzywami. Tadżin to berberyjska potrawa przygotowywana co najmniej 6 godzin, której tajemnicą są niewątpliwie aromatyczne przyprawy. Najczęściej są to: kurkuma, szafran, kumin, słodka papryka, pieprz. Obok mięsa i warzyw często pojawiają się kuskus oraz suszone owoce. Całość tworzy nieprawdopodobną ucztę dla podniebienia. Tadżin podaje się z białym pieczywem typu pita.

Innym wartym spróbowania specjałem jest na pewno harira, czyli pikantna zupa pomidorowa na bazie ciecierzycy i soczewicy. Najlepiej spróbować jej w ulicznej garkuchni, gdzie na ławeczkach wkoło rozgrzanego gara zupy siedzą liczni miejscowi. To znak, że zasmakujemy prawdziwej hariry.

Uważam, ze wyjazd do Maroka byłby niepełny bez spróbowania tamtejszej mocnej miętowej herbaty, którą podają wszędzie, o każdej porze dnia i nocy i do wszystkiego. Smak i zapach miętowej herbaty już chyba zawsze będzie mi się kojarzył z Marokiem.

Share this post