Maroko – informacje praktyczne i ceny

Czas na garść faktów i informacji praktycznych!

W Maroku byliśmy od 29.11. do 5.12.2012 r.

STOLICA

Rabat. Wcale nie Marrakesz, jak wielu osobom się wydaje.

WALUTA

Nie wolno wwozić do Maroka, ani z niego wywozić, dirhamów marokańskich.

1 dirham marokański (1 MAD) = 0,4 zł

WIZY

Jeśli jedziemy do Maroka na krócej niż 90 dni, wizy nie są potrzebne.

JĘZYK

Marokańczycy posługują się językami: arabskim i francuskim. Po angielsku dogadamy się bez problemu w typowo turystycznych miejscach.

ELEKTRYCZNOŚĆ

Gniazdka i wtyczki nie różnią się od polskich. W sieci płynie prąd o napięciu 220 V.

WYNAJEM AUTA

W Maroku nie jest wymagane międzynarodowe prawo jazdy.

Wynajem samochodu nie należy do najtańszych. Wynajem najtańszego Hyundaya i10 na 4 dni kosztował nas 2644 Dh, czyli około 1058 zł (z pełnym ubezpieczeniem, możliwością odstawienia auta w innym mieście oraz możliwością prowadzenia przez 2 kierowców). Na szczęście w Maroku byliśmy wyjątkowo w 3 osoby, więc koszt samochodu nie był aż tak odczuwalny;-)

Można było wynająć auto nieco taniej w lokalnych wypożyczalniach, ale nas ta przyjemność ominęła ze względu na brak wypukłej karty kredytowej i ze względu na ogromną kaucję, na którą zwyczajnie nie było nas stać. Jeśli ktoś chce zaoszczędzić, może też nie kupować opcji z pełnym ubezpieczeniem. My na ubezpieczeniu nigdy nie oszczędzamy.

RUCH DROGOWY

W Maroku zasady ruchu drogowego po prostu nie istnieją. Niby są tam sygnalizacje świetlne, ale nie wiem po co, bo nikt na nie nie patrzy. Na ulicach panuje totalny chaos. Po paru godzinach jazdy wiedzieliśmy, że oczy trzeba mieć dookoła głowy, że drogi z pierwszeństwem przejazdu niczym się nie różnią od tych podporządkowanych, że zielone światło = czerwone światło, że to, że na szosie oznaczone są 2 pasy, dla Marokańczyka oznacza, że spokojnie można wygospodarować trzeci, i że refleks na drodze to rzecz absolutnie niezbędna.

MarokoMaroko jest dla kierowców dość słabo oznakowanym państwem. Wielokrotnie śledziliśmy drogowskazy, które nagle się kończyły i zupełnie nie wiedzieliśmy, gdzie dalej jechać. Spotkaliśmy się też z dziwnym oznakowaniem dzielącej nas do celu liczby kilometrów, raz było to 103, później 93, po czym po kolejnym przejechanym dystansie znowu 103.

JEDZENIE

W Maroku koniecznie trzeba spróbować tadżinów, hariry i napić się herbaty miętowej oraz soków ze świeżo wyciskanych pomarańczy lub mandarynek.

NOCLEGI

Poza sezonem w pokojach bywa naprawdę zimno, gdyż ogrzewanie jest rzadkością. Warto mieć ze sobą sporo ciepłych ubrań i termofor.

NA CO TRZEBA UWAŻAĆ

  • NACIĄGANIE – Trzeba uważać, zamawiając w restauracji jedzenie, gdyż nigdy nie możemy być pewni ostatecznej kwoty, którą przyjdzie nam zapłacić. Marokańczycy chętnie naciągają turystów, a czasem wręcz ich oszukują. Najlepiej za wszystko zapłacić na początku.

 

  • NARKOTYKI – Policja marokańska przeprowadza różnego rodzaju prowokacje (policjanci podszywają się pod dilerów), mające na celu wyłapanie turystów zainteresowanych narkotykami, które są bardzo w Maroku popularne.

 

  • PODRÓBKI – Nie należy ślepo wierzyć sprzedawcom z Maroka. Próbują wyciągnąć od turystów pieniądze, oszukując np. że wyroby z tworzyw sztucznych wykonane zostały z prawdziwej wielbłądziej skóry i są sporo warte. Sprzedają też piękne kolorowe minerały po okazyjnej cenie, a gdy w domu odkrywamy, że schodzi z nich farba, okazuje się, że wydaliśmy krocie na podróbki. Zawsze też warto się mocno targować – taka kultura.

 

 

PRZYKŁADOWE CENY (przypominam, że 1 dirham marokański = 0,4 zł).

Ceny nie odbiegają bardzo od polskich.

Około 150 Dh – pokój 3-osobowy w hostelu

10 Dh – bilet wstępu do grobowców Saadytów w Marrakeszu

4 Dh – herbata w pociągu

4 Dh – szklanka soku z pomarańczy

6 Dh – naleśnik z miodem

5 Dh – parking przy wodospadach d’Ouzoud.

Cały wyjazd kosztował nas 963 zł od osoby (w tym 287 zł/os. loty w obie strony). W koszt wliczone jest absolutnie wszystko – każda bułka, bilety MPK w Lublinie, pamiątki, opłaty parkingowe etc.

CZEGO ŻAŁUJEMY?

  • Szkoda, że do Maroka udało nam się wyskoczyć na tak krótko, bo nie zrealizowaliśmy wszystkich naszych marzeń związanych z tym krajem. Chcielibyśmy jeszcze w przyszłości zobaczyć Saharę i może spędzić na niej choć jedną noc. Na maksa żałuję, że pogoda pokrzyżowała nam plany i nie udało nam się dojechać do Ajt Bin Haddu – malowniczego miasteczka obronnego, które stało się planem zdjęciowym, np. dla „Gladiatora” (chociaż dzięki temu zobaczyliśmy zapierające dech w piersiach wodospady d’Ouzoud). Ciekawa jestem też wyglądu stolicy.

 

  • Żałuję, że nie kupiłam sobie prawdziwego glinianego tadżina, w którym mogłabym spróbować odtworzyć marokańskie danie o tej samej nazwie. Pięknie by też wyglądał jako ozdoba kuchni.

 

  • Bezmyślnie kupiliśmy w Marrakeszu piękną lampę, której jednak nie udało nam się przewieźć w oryginalnym kształcie do Polski, gdyż mieliśmy opłacony jedynie bagaż podręczny, a lampa gabarytowo była spora. Zgnietliśmy więc jej metalowy stelaż i do dzisiaj leży w tej formie w piwnicy, wygląda nieciekawie. Tak to jest, jak wpadnie się w wir zakupów, a dopiero potem pomyśli.

Share this post