Peloponez – warto?

W zasadzie najważniejsze już za nami… Tak nam się wydawało, wyjeżdżając z krainy podniebnych klasztorów. Postanowiliśmy jednak zajrzeć jeszcze na Peloponez, żeby mieć pełniejszy obraz Grecji, zwłaszcza że wg mitów to właśnie tam narodził się Zeus. Tam też podobno Herkules wykonał 12 mitologicznych prac.

Peloponez zwany był kiedyś Moreą, gdyż jego kształt przypomina palczasty liść morwy.

KANAŁ KORYNCKI

Wycieczkę w tamte strony zaczęliśmy od Kanału Korynckiego, czyli słynnego kanału oddzielającego Peloponez od lądu i łączącego Morze Jońskie z Egejskim:

O Kanale Korynckim często się słyszało, więc warto go zobaczyć na własne oczy, jeśli znajduje się on na trasie wyprawy. Najlepiej spojrzeć na niego z mostu nad boczną drogą, na północ od autostrady. Robi wrażenie monumentalności. Fajnie jest zobaczyć statek przepływający kanałem. Wtedy najłatwiej ogarnąć rozmiary samej budowli i wielkość przedsięwzięcia. Kanał Koryncki ma około 6,5 km długości i 24 m szerokości (czego w ogóle nie widać z góry, wydaje się, że to kilka metrów). Jego wysokość sięga 90 m. Otwarty został pod koniec XIX w.

Nieopodal, znajduje się też wyjątkowy most ułatwiający przeprawę z Isthmii do Kalamáki, który w przypadku zbliżającego się statku opuszcza się w dół, pod wodę, a nie tak jak jest zazwyczaj, podnosi do góry. Taka mała ciekawostka.

NOCLEGI

Na Peloponezie mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem noclegu w jakiejś rozsądnej kwocie. Wszystkie campingi i tańsze hostele były pozamykane, gdyż było poza sezonem. W końcu zdecydowaliśmy się na ofertę zamieszczoną na portalu https://www.airbnb.pl/. Dla nowych użytkowników cena była obniżana bodajże o 50%, więc grzech było nie skorzystać. Może nie był to nadal najtańszy nocleg, ale za to mieliśmy do swojej dyspozycji cały dom. Gdy dotarliśmy na miejsce, właścicielki nie było, sąsiedzi – matka z synem – mieli za zadanie pokazać nam, co i jak. Niestety, musieliśmy dogadywać się na migi, gdyż żadne z nich nie mówiło po angielsku. Dom okazał się bardzo przyjemny i mieliśmy już napalone w kominku (choć nadal było bardzo zimno).

Nasz nocleg okazał się jednak znajdować na końcu świata… w Kremasti. Dojazd tam zajmował około 40 minut od głównej trasy (po górzystych, wąskich i krętych drogach), czego zupełnie nie pokazywała mapa. Byliśmy trochę źli, ale widoki i pyszne, podkradane z sadów na poboczu, pomarańcze wynagradzały niedogodności. Myślę, że ten nocleg idealnie nadawałby się dla osób chcących dłużej posiedzieć w przeuroczym domku z kominkiem, pobiesiadować z Grekami w okolicznej, zatłoczonej wieczorami, tawernie i poszwendać się po naprawdę malowniczej okolicy. Jako baza wypadowa, to jednak niewypał.

GITHIO

Rano wybraliśmy się na półwysep Mani, czyli środkowy z trzech greckich paluchów na południu kraju;) Zaczęliśmy od spaceru po miejscowości Githio. To bardzo klimatyczne miasteczko portowe. Naprawdę polecamy Githio na dłuższy nadmorski spacer wśród kolorowych, ukwieconych domków.

 

WRAK STATKU

Kilka kilometrów od Githio znajduje się plaża Valtaki, na której odnaleźć można wrak statku Dimitrios. Stoi w tym miejscu od ponad 30 lat. Oczywiście, krążą różne plotki na jego temat, ale najbardziej prawdopodobna jest ta, że służył on niegdyś do przemytu papierosów. Plaża z wrakiem jest łatwo dostępna, znajduje się blisko drogi, więc na tę atrakcję nie trzeba rezerwować  dużo czasu. Można też zaplanować sobie tu nocleg pod namiotem lub w przyczepie campingowej. Jest to podobno w sezonie miejsce mocno campingowe, chociaż nie wiem, jak z pozwoleniem na spanie w tym miejscu. Ale skoro zakazów nie ma, to chyba można;)

 

JASKINIE DIROÚ

Naszym kolejnym celem na Peloponezie były jaskinie Diroú znajdujące się także w regionie Mani. Są one przez wiele osób uważane za najpiękniejsze mokre jaskinie w Europie. Przyjemności ich zwiedzania nie mogliśmy więc sobie odmówić.

Niektórzy twierdzą, że jaskinie to dawna brama dusz w zaświaty, a tamtejsze podziemne jezioro to słynny mitologiczny Styks, na brzegu którego czeka na zmarłych Charon. Historycy jednak nie zgadzają się z tym i twierdzą, że brama w zaświaty znajduje się w Ipirze. Szkoda, że o tym fakcie dowiedzieliśmy się dopiero po zwiedzaniu. Być może wizyta zyskałaby inny wymiar.

Za najpiękniejszą z najpiękniejszych uważana jest jaskinia Vlychada. I tę właśnie postanowiliśmy zobaczyć. Koszt to 12 € od osoby, ale naprawdę warto wydać te pieniądze. (Zdjęcia zupełnie nie pokazują jej piękna.)

Jaskinia odkryta została w 1949 roku. Z 14 km długości, jedynie 1500 m udostępniono dla turystów. Ciekawostką jest to, że sporą część (bo aż 1300 m) zwiedza się, płynąc łódką (około 25 minut), resztę pokonuje się pieszo. Temperatura wody oscyluje w granicach 14°C, a powietrza między 16 a 19°C.

Dzięki temu, że byliśmy tam poza sezonem, załapaliśmy się na prywatną wycieczkę z przewodnikiem. Najpierw kazano nam parę minut poczekać aż uzbiera się większa grupa, ale po jakichś 10 minutach zaproszono nas na zwiedzanie (było to naprawdę miłe zaskoczenie, widać, że o turystów potrafią tutaj zadbać). Przewodnik za wiele jednak nie mówił. Mam wrażenie, że po angielsku umiał się jedynie przywitać, pożegnać i wykrzykiwać „head down!, head down!” (schylić głowę!). W wielu miejscach strop jaskini jest bardzo niski i faktycznie trzeba uważać.

Jaskinia naprawdę robi wrażenie. Różnorodna szata naciekowa pobudza wyobraźnię. Myślę, że pływanie łódką może być nie lada atrakcją, zwłaszcza dla rodzin z dziećmi.

Co więcej, wychodząc z jaskini, również można podziwiać piękne widoki, gdyż idzie się po skalistym zboczu nad samym morzem.

Peloponez

Następnym punktem programu była bardzo atrakcyjna miejscowość Váthia leżąca jeszcze dalej na południe. Miasteczko malowniczo położone jest na szczycie stromego zbocza nad morzem. Na wyjątkową ciasną zabudowę składają się dwu- i trzypiętrowe wieże wzniesione z szarego kamienia. Dawniej pełniły one funkcje obronne. Toczyły się na tym terenie wojny klanów. Dzisiaj, w niektórych z nich znajdują się pensjonaty oraz kawiarnie.

Na koniec tego dnia postanowiliśmy pojechać na najdalej na południe wysunięty skrawek Europy zwany przylądkiem Ténaro lub Matapan. Samotnie stojąca nad brzegiem latarnia morska wyznacza kraniec przylądka. Wg mitologicznych wierzeń, to właśnie tutaj znajdowało się zejście do Hadesu.

Po drodze można napotkać fundamenty rzymskiego miasta, które wyrosło wokół świątyni Posejdona; zachowała się nawet jedna niezła mozaika. Od tej świątyni, gdzie można zaparkować, do latarni morskiej spacer trwa jakieś 45 min. Idzie się piękną, kamienistą, nadmorską trasą.

 

Na koniec zwiedzania Peloponezu zostawiliśmy sobie malutkie, liczące około 5 tys. mieszkańców, miasto Monemwasia w Lakonii. Jest ono ważną atrakcją turystyczną ze względu na znajdujące się tam potężne fortyfikacje oraz kościoły bizantyjskie. Ze względu na położenie miasto zwane jest Gibraltarem Wschodu. Leży bowiem u stóp ogromnej skały wyrastającej z Morza Egejskiego. Monemwasię łączy z lądem jedynie wąska grobla. Nazwa miasta pochodzi od słów moni emvasis („jedno wejście”), bowiem ze stałego lądu do miasta można dostać się wyłącznie przez jedną bramę.

Monemwasia dzieli się na Dolne Miasto (u stóp skały) oraz Górne Miasto (na skale). Miasto założone na wysokiej 300-metrowej skale robi naprawdę niesamowite wrażenie. Jednak od stu lat pozostaje ono niezamieszkałe. Kręcąc się po labiryncie uliczek miasta na skale, można zobaczyć stary cmentarz. Jedynym ocalałym budynkiem jest kościół bizantyjski Agía Sofía.

Na Dolne Miasto składa się labirynt wąskich ulic oraz kryte dachówką domy i kościoły bizantyjskie, które najpiękniej wyglądają ze skały:

 

Nie spodziewaliśmy się wiele po Peloponezie, jednak miło nas zaskoczył. Wydał nam się najbardziej grecki ze wszystkich miejsc, jakie dane nam było zobaczyć. W takim sensie, że jest to miejsce najmniej zadeptane przez turystów. Podróżując samochodem, mija się malutkie, urocze wioski z typowo bizantyjskimi kościołami, wiejską zabudową, polami uprawnymi, gajami oliwnymi i sadami pomarańczowymi. Jest to miejsce prawdziwe, naturalne, spokojne i mało komercyjne. Jeśli chce się zobaczyć kawałek prawdziwej Grecji, to warto się tam wybrać. Z atrakcji turystycznych, najbardziej oczarowały nas: kamienne wieże miasteczka Váthia, jaskinie Diroú, wrak statku Dimitrios oraz Gibraltar Wschodu. Wszystkie te miejsca bardzo polecamy!

 

Share this post