Błękitno-biała kraina Mykonos pod rządami pelikana

Po lądowaniu w Atenach, od razu udaliśmy się autobusem (koszt: 3 € od osoby) do portu w Rafinie. Ponieważ do rejsu mieliśmy jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy spróbować jakichś greckich specjałów w jednej z pobliskich knajpek. Gdy nie wiemy, jaką restaurację wybrać, zawsze stawiamy na tę najbardziej zatłoczoną, w której przesiadują bywalcy, i tę najmniej elegancką (gdzie np. na stołach leżą papierowe serwety przypięte spinaczami do bielizny). Mamy wtedy pewność, że zjemy smacznie, dużo i tanio jak na warunki danego kraju. Postawiliśmy na słynną sałatkę grecką oraz sos tzatziki. Sałatka była bardzo smaczna, warzywa świeże i jędrne. Naszą ciekawość wzbudził sposób podania sera feta. Był to spory plaster sera położony na wierzchu sałatki, polany oliwą i obsypany ziołami. Co więcej, ser ten zupełnie różnił się w smaku i konsystencji od  serów kanapkowo-sałatkowych powszechnie dostępnych w Polsce, które potocznie nazywamy „feta”. Nic dziwnego, ser feta to podobno jeden z najczęściej podrabianych na świecie produktów spożywczych. Ten prawdziwy był bardziej suchy i mniej słony. Smakował dobrze, chociaż chyba przyzwyczajenie robi swoje, i gdybym miała wybór, wybrałabym ten polski, podrobiony. Sos tzatziki smakował bardzo intrygująco, był smaczny, ale jakby taki lekko sfermentowany. Nie wiedzieliśmy, czy jest podpsuty czy może tak właśnie powinien smakować. Próbowaliśmy go później jeszcze dwukrotnie w różnych miejscach Grecji i żaden nie był już podobny do tego, więc chyba jednak kiepsko trafiliśmy;-).

 

Po 2 godzinach odpłynęliśmy na wyspę Mykonos (rejs trwał mniej więcej 4,5 h i był to koszt ok. 110 zł od osoby w jedną stronę) i tak zaczęła się nasza grecka przygoda. Dotarliśmy tam w nocy. Na szczęście w porcie czekał już na nas narzeczony właścicielki pensjonatu, w którym mieliśmy się zatrzymać. Tego dnia udało nam się tylko zachwycić wąskimi, krętymi uliczkami starej części miasta, które prowadziły nas do miejsca noclegu. I padliśmy jak zabici. Z rana jednak, po otwarciu drzwi, widok zaparł nam dech w piersiach:

Mykonos_1Mykonos_2Dobrych parę godzin kręciliśmy się pośród pełnych uroku biało-błękitnych uliczek Mykonos. Była niedziela i, z jednej strony, cieszyliśmy się wszechogarniającą ciszą i spokojem, a z drugiej – żałowaliśmy, że wszystkie małe sklepiki były pozamykane, bo one też mogły robić fajne wrażenie. Można się pogubić w labiryncie uliczek, ale to cudowne uczucie kręcić się tam bez celu. Totalna beztroska i chillout. Nie jest to zbyt wielki obszar, więc co jakiś czas wychodzi się poza labirynt i łatwo się zorientować, gdzie znajdujemy się w danym momencie.

 

 

 

 

MEKKA HEDONISTÓW I MNIEJSZOŚCI SEKSUALNYCH

Generalnie, Mykonos zwiedzaliśmy poza sezonem (na przełomie stycznia i lutego), więc nasza relacja odbiega nieco klimatem od innych. Nie braliśmy udziału w klubowym szaleństwie, ominęły nas też zatłoczone plaże pełne restauracyjnych stolików i gwaru. Podobno Mykonos zyskała miano „mekki hedonistów i mniejszości seksualnych”. Jest to też jedna z częściej wybieranych przez gwiazdy światowego formatu destynacji urlopowych. Na wielu plażach króluje podobno kult nagiego ciała i imprezowy szał. My zobaczyliśmy wyspę z zupełnie innej strony. Dla nas Mykonos to raczej oaza ciszy i spokoju.

 

MAŁA WENECJA

Na wyspie znajduje się tzw. Mała Wenecja, czyli szereg malowniczych domów zbudowanych nad samym brzegiem morza. Godzinami można siedzieć nad wodą i przypatrywać się rozbijającym się o mury falom. Widok tym bardziej kojący i magiczny, gdy wkoło jest pusto.

 

Mykonos_4Mykonos_gal3

 

 

 

 

 

 

 

KOŚCIÓŁ PARAPORTIANI

W miasteczku Mykonos znajduje się też znany z wielu zdjęć śnieżnobiały kościół Panagia Paraportiani. I, faktycznie, jest to bardzo wdzięczny obiekt do fotografowania (bez względu na pogodę;)).

Podobno bywa otwarty rano. Nam nie udało się wejść do środka.

Mykonos_6

 

PELIKAN PETROS

Jedną z atrakcji turystycznych i, bezdyskusyjnie, najważniejszą osobistością na wyspie jest pelikan Petros, który został odnaleziony po sztormie w 1964 r. i osiadł na stałe na wyspie (a w zasadzie jego następca, bo ten pierwszy słynny pelikan już nie żyje), dumnie przechadzający się po miasteczku. Podobno obecnie jest ich tam więcej, my spotkaliśmy tylko jednego. To znaczy, wydaje nam się, że codziennie był ten sam ;).

 

 

 

UROKLIWE WIATRAKI

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Mykonos są ustawione na wzgórzu, ponad portem, stare wiatraki, których zdjęcia pojawiają się w wielu folderach biur podróży. I, rzeczywiście, robią wrażenie i nadają temu miejscu niepowtarzalny charakter. Ułatwiają też orientację przestrzenną, gdyż są widoczne z wielu miejsc.

 

 

BARY I RESTAURACJE

Narzeczony właścicielki naszego pensjonatu doradził nam kilka restauracji na wyspie, w których można smacznie zjeść. Skorzystaliśmy z porady i udaliśmy się na obiad do jednej z nich. Zwała się „Alegro”.

Mykonos_12

Gdyby jednak ktoś wybierał się w tamte strony, warto zapisać sobie jeszcze 2 inne polecone przez niego miejsca: „Madoupa Tavern” i „Roca Restaurant”. Polecił nam też sympatyczny bar „Le MondeBar” (nie zdążyliśmy tam jednak zajrzeć).

Nie wiemy, jak Mykonos prezentuje się w sezonie. Z pewnością możemy polecić wyspę poza nim. Jest przepiękna i można odpocząć wówczas od nawału turystów. Oferuje spokój i zdecydowanie niższe ceny. Mykonos oczarowała nas kameralnością i spokojem, tajemniczymi labiryntami krętych, wąskich uliczek, malowniczymi kościółkami i mnóstwem zaułków, w które chce się zajrzeć.

Nie przeszkadzał nam nawet chłód i wiatr (stąd czapka na zdjęciach). Wycieczkę na Mykonos wspominamy naprawdę przyjemnie. Zachęciła nas ona do odwiedzenia innych greckich wysp i zrobimy to, jak tylko nadarzy się ku temu okazja.

 

 

Share this post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *